Friday, 18 April 2014

Laserowe szpachlowanko, czyli moje pierwsze tango z Fraxelem

Moi drodzy, obiecałam post o mojej przygodzie z laserem i voilà. Na zabieg zdecydowałam się jakiś miesiąc temu, głównie po to, aby zmniejszyć widoczność starych blizn potrądzikowych, wyrównać koloryt skóry itd. Opisze całość z pozycji tzw usera, a nie eksperta, którym nie jestem.
Dobra, zacznę od tego, że na laser po leczeniu izo trzeba troche poczekać, ponieważ skóra musi dojść do siebie po lekach, musi się zregenerować. W moim wypadku zabieg był zrobiony 7 marca tego roku, a kuracje izo zakończyłam jak wiecie (albo i nie, jeżeli nie to siup siup do archiwalnych wpisów na blogu) w czerwcu roku poprzedniego; czyli jak łatwo policzyć minęło jakieś 9 miesięcy.
Zabieg przeprowadził, a jakże, ten sam dermatolog który prowadził moją drugą kurację izo. Nie przygotowywałam skóry jakoś wcześniej do zabiegu, stosowałam taką pielęgnację jak w ostatnim wpisie. Nie mówię, że nie miałam cykora, bałam się, bo naczytałam się głupot o popalonych twarzach i trwałych bliznach po laserze itd. Nic takiego nie miało miejsca, ale o tym za chwilę.
Jedną z zalet lasera typu Fraxel jest to, że jego światło pobudza również głębsze warstwy skóry do produkcji nowego kolagenu. Może ten fakt nie zainteresuje młodych czytelniczek, ale dla wszystkich 30+ to na pewno porządana zaleta. Dlatego też optymalny efekt osiąga się dopiero po ok 3 miesiącach. Oprócz tego uważa się ten laser za bardzo bezpieczny, nie odnotowano po nim przypadków infekcji czy też zbliznowacienia, a sam zabieg nie powoduje widocznych ran... Tyle teorii.
Uzbrojona w taką wiedzę pojawiłam sie u mojego dermatologa w dzień zabiegu.

Zabieg:
Na poczatku lekarz oszyścił mi cerę jakimś tonikiem czy mleczkiem, szczerze to już nie pamiętam. Nie dostałam żadnego kremu znieczulającego (ponoć niektórzy lekarze dają, mój uznał, że jestem twardy kmin i wszystko zniosę hihi). Nie dostałam też żadnych okularów, takich wiecie, czarne muchy, które miałyby ochronić oczy przed światłem lasera, nic z tych rzeczy. Dostałam tylko nakaz trzymania zamkniętych oczu :)
Lekarz stalował laser i w tym czasie poziom mojej adrenaliny podniósł się znacząco, zmalał przy pierwszym "strzale". Najgorzej jak nie wiecie co was czeka, potem to już leci, ale po kolei. Zabieg miałam tylko i wyłącznie na policzkach, trochę na skroniach, czoło nieruszone, poniważ tam nigdy trądziku nie miałam więc i blizn nie ma.
Pierwszy strzał poszedł... nie będę wam słodzić, bolało.
Chcę wam przybliżyć sam zabieg jak najrealniej, więc posłużę się paroma fotkami z netu.

Głowicę lasera można ustawić na różne wiązki światła co ilustruje obrazek obok. Wszystko zależy jaką powierzchnię ciała chcemy naświetlić (laser ten można stosować na cała ciało). W moim przypadku lekarz wybrał kształt kwadratu (środkowy kształt na górze). Dlaczego o tym piszę, ano dlatego, że taki kształt będzie potem odbity przez pare dni na waszej twarzy (dosłownie).


http://www.ipllaser-machines.com/
Każdy strzał miał powierzchnię takiego właśnie kwadratu, i za każdym razem miałam wrażenie, że laser "haftuje, wyszywa" na mojej twarzy taki ścieg za pomocą igieł, dokładnie jak na gifie obok...
Po każdym strzale na buzi zostawało takie małe poletko poorane jak szachownica. Najgorsze momenty były w okolicy oczu (miałam tam pare prosaków więc aby sie ich pozbyć trzeba było przejechać laserem naprawde blisko oka) oraz okolice ust oraz nosa. Musiałam prosić lekarza o pauzę, ponieważ ból był rzeczywiście dokuczliwy. Ciężko też było, kiedy tą samą powierzchnię (ten sam kwadracik) lekarz robił 2x (bo blizna w tym miejscu była głębsza, przebarwienie większe itd).


To chyba tyle, mam nadzieję, że potraficie sobie już teraz mniej więcej wyobrazić jak wygląda sam zabieg. Całość trwała ok 15-20 min, nie wiem dokładnie, bo w pewnym momencie miałam już dosyć i modliłam się o koniec. (mam w sumie chyba niski próg bólu hihi). Po zakończeniu zabiegu macie wrażenie, że waszą skórę polano jakimś kwasem, przyłożono do niej gorące żelazko, cała płonie. Lekarz nałożył od razu jakiś krem łagodzący, troche pomogło, ale uczucie palenia miało się ciągnąć przez kolejne dni...

Zabieg celowo robiłam w piątek, aby w weekend móc podleczyć skórę i nie pokazywać sie ludziom. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że 2 dni to jednak trochę za mało na regenerację i że w poniedziałek na pewno jeszcze nie będę się w stanie pokazać ludziom., ani we wtorek...Dostałam od dermatologa krem na poparzenia (nazwy nie pamiętam, ale jeżeli kogoś z was to będzie interesowało to poszukam), którym smarowałam się kilka razy w ciągu dnia, aby ulżyć sobie w bólu i pomoć skórze się regenerować. W dzień zabiegu wygląda się w miarę normalnie, skóra jest tylko zaczerwieniona, koszmarek zaczyna sie od 2 dnia po zabiegu.

Następnego dnia wstałam i raz, że nie byłam w stanie poruszać mięśniami na twarzy (o uśmiechu nie było mowy, każdy ruch skóry na buzi bolał), to jak się zobaczyłam w lustrze to myślałam, że dostane zawału. Skóra bardzo, bardzo czerwona i opuchnięta (wyglądałam dosłownie jakby mi ktoś przywalił z piąchy), pokryta siatką otworków (jak na pierwszym obrazku), z niektórych sączył się płyn. Obrzydliwie to wyglądało. Nie zrobiłam sobie żadnego zdjecia z tego okresu, amatorów silnych wrażeń, którzy chcą zobaczyć jak taka skóra wygląda zapraszam do przeszukania internetu. Dla reszty wyobrażenie sobie skóry polanej kwasem, spalonej powinno wystarczyć.
Przez kolejne 3 lub 4 dni skóra piekła niemiłosiernie, pękała, tworzyły sie bolesne strupy i była mega czerwona i podrażniona. Mycie twarzy było bolesnym zabiegiem, ogólnie czułam się jak potwór i nie wyobrażam sobie wyjścia w takim stanie między ludzi.

W związku z tym, nie poszłam do pracy ani w poniedziałek, ani we wtorek. Nie dało się na skórę niczego nałożyć, o makijażu możecie zapomnieć, nie jest w stanie przykryć mega odstających skórek, strupów, rumienia itd. Dopiero w czwartek mogłam jako tako zacząć funkcjonować między ludźmi, skóra poschodziła płatami, zostały tylko niewielkie obszary z jeszcze starą, niezłuszczoną skórą. Jakiś tydzień, półtora po zabiegu buzia wyglądała już bardzo dobrze, pokazała sie nowa skóra, delikatnie zaróżowiona, no miodzio. Myślę sobie wow, super efekt. Nie trwało to jednak długo, efet ten zniknął do 2 tyg po zabiegu.

Przemyślenia końcowe:
Mam bardzo mieszane uczucia w stosunku do tego zabiegu, w skrócie można to opisać: liczyłam na o wiele więcej... Koszt 500zl, ,miałam nadzieję, że przynajmniej przebarwienia znikną lub będą zniacznie zredukowane, na blizny za bardzo nie liczyłam bo wiem, że ubytku skóry (czyli potrądzikowych dziur) ciężko się pozbyć i trzeba raczej zadziałać wypełniaczem. Blizny jak były tak są, może ociupinkę płytsze, ale to chyba bardziej autosugestia, przebarwienia nadal są, nie wydaje mi się, aby były bledsze. Ostatnia rzecz w jaką mogę wierzyć to odmłodzenie mojej skóry poprzez nowy kolagen, ale i tego na razie nie widzę. Reasumując, nie wiem, czy zdecyduję sie na kolejne zabiegi fraxelem. Może moja skóra jest jakoś wybitnie oporna, nie wiem, może już po prostu mam dosyć zawracania sobie gitary moją skórą, widzę już na niej pierwsze oznaki starzenia (utrata jędrności, grubości) więc mam ochotę się skupić na walce ze zmarszczkami, a nie z cholernym trądzikiem, czy raczej z tym co pozostawił na mojej twarzy.
Twarz mam lekko przypruszoną pudrem oraz bronzerem na obu zdjęciach, ale ewidentnie widać przebarwienia oraz blizny (dziury)


Prawy policzek, czyli ten "gorszy" jak pamiętacie, tutaj mam wrażenie, że troszkę blizny sie spłyciły ale nie ukrywam, że oczekiwałam lepszego efektu.


To chyba tyle, wyszedł z tego bardzo długi post, mam nadzieję, że dotrwaliście do końca i choć trochę Wam przybliżyłam na czym polega zabieg fraxelem.

Chciałam również skorzystać w okazji i życzyć wszystkim 

Zdrowych i Spokojnych ŚWIĄT WIELKANOCNYCH!!!

Buziaki,
BAsia


Tuesday, 15 April 2014

Zakończyłam kurację retinoidami i co dalej??! Czyli jak pielęgnować skórę po zakończeniu leczenia cz. II

Jak to zwykle ze mną bywa znowu upłyneło baaardzo dużo, dużo za dużo czasu od mojego ostatniego posta. Chroniczny brak czasu i wrodzone lenistwo daje się we znaki, więc dziś postanowiłam z nimi zawalczyć :-) Dziękuję wszystkim, którzy we mnie nie zwątpili i nie "odsubskrybowali" się z mojej stronki, mam nadzieję, że pewnego dnia uda mi się być regularną we wpisach. Póki co szybciutko i w skrócie opowiem wam, jak wyglada moja pielęgnacja po kuracji i jaki obecnie jest stan mojej buzi.
Czas leci jak szalony i milowymi krokami zbliża się rocznica zakończenia mojej kuracji (konkretnie czerwiec), jak zobaczycie ponizej, nadal ciesze sie ładną cerą, nie wyskakują mi żadne pryszcze, bolące, podskórne świństwa, nic z tych rzeczy. Cieszę się zdrową i w miarę regularną cerą (piszę specjalnie "w miarę", ponieważ mimo, iż mam za sobą zabieg laserem, to oczywiście moja skóry nigdy nie będzie wyglądać super idealnie, blizenki zawsze zostaną, ale nie szkodzi). O zabiegu laserem napisze Wam w kolejnym poście, wiem, że na taki opis czekacie.
Jak juz pisałam wcześniej i będę pisać do znudzenia, po zakończeniu kuracji retinoidami BARDZO WAŻNA jest pielęgnacja cery i odpowiedni dobór kosmetyków. Człowiek, zwierzę z natury leniwe, lubi odpuścić sobie pielęgnację cery, która leczona retinoidami już nie sprawia takich problemów jak kiedyś, a do tego dermatolog prowadzący leczenie zaleca skórę "tylko nawilżać", nie mówiąc już o tym, że kończąc kurację większość z Was nie dostaje żadnych wskazówek na temat jak dalej postepować, jakich kosmetyków używać itd.

Wiele dowiecie się z mojego porzedniego postu, który był I częścią. Celowo rozbiłam temat pielęgnacyjny na dwie części, ponieważ mniej więcej po 7 miesiącach od zakończenia kuracji mój schemat pielęgnacyjny uległ małej modyfikacji (oczywiście na zalecenie mojego dermatologa; jestem już na tyle duża, że nie eksperymentuję sama z cerą, ten okres już dawno przerobiłam z opłakanymi skutkami).

Zatem jedziemy z tym koksem :-)
 
Cudowny, wspaniały, delikatny, nie wysusza! Jestem zachwycona żelem do mycia cery trądzikowej Aknicare firmy Synchroline! Szczerze polecam dla cery tradzikowej (skład żelu na zdjęciu poniżej).



Codziennie po południu, po przyjściu z pracy myję buzię żelem Aknicare (jak wyżej), zmywam wodą. Nastepnie na wilgotną buzine nakładam peeling Biodermy i pozostawiam na skórze 15 min. Następnie zmywam, osuszam buzię i tyle. Już nie nakładam dodatkowo NIC, żadnego toniku, kremu itd. Na poczatku myślałam, że nie dam rady i twarz będzie mnie bardzo ściagać, ale nic takiego się nie miało miejsca.

No i niezmiennie ulubieńcy, którzy nadal goszczą w mojej pielęgnacji, rano z filtrem a wieczorem bez. Uwielbiam i polecam!

Trochę prywaty na koniec. W lutym miałam ogromną przyjemność gościć u siebie Ziemolinkę (http://kosmostolog.blogspot.cz/). Fot. & make up by Ziemolina. Było magicznie, dziękuję :)

A jak tam Wasze buźki? Piszcie!
Pozdrawiam,
BAsia