Friday, 20 June 2014

I niech ci włos z głowy nie spadnie

Dzisiaj chciałabym podjać temat nietrądzikowy (pewnie więcej takowych zacznie się pojawiać), ale równie trudny i często dotykający osób z cerą trądzikową i łojotokiem, a mianowicie problem wypadania oraz przerzedzania się włosów.

W sumie odkąd pamiętam włosy zawsze mi wypadały z większym lub mniejszym nasileniem, i nie było to dla mnie nigdy problemem, ponieważ mimo iż włosy mam cienkie, to zawsze miałam ich dużo. Wszystko oczywiście do czasu...
Tradycyjnie zamiast udać się do specjalisty niepotrzebnie wydawałam pieniądze na wcierki, szampony, ampułki (nie wiem dlaczego historia trądzikowa niczego mnie nie nauczyła). Jakieś 2 lata temu wypadanie włosów nasiliło się, szczególnie po umyciu wyczesywałam z głowy spore ilości włosów, byłam bardzo zaniepokojona, ale też myślałam, że to wiosna idzie i tak po prostu musi być. Zaczęłam rzadziej myć włosy, starałam sie wytrzymać przynajmniej 3 dni bez mycia (co w połączeniu z moim łojotokiem skóry graniczyło z cudem), nie czesałam włosów w obawie przed kolejnym widokiem tego, co zobaczę na grzebieniu, regularnie chodziłam do fryzjera myśląc, że jak włosy będę podcinać to szybciej wezmą się w garść.
Trafiłam akurat wtedy z twarzą do mojego dermatologa, który sam od siebie rzucił, że moje włosy są w kiepskiej kondycji, ze zaczynają mi się bardzo przerzadzać w okolicy czołowo-skroniowej.. wpadłam w panikę "Aż tak to widać?" myślałam sobie.

Lekarz zaproponował Trichogram, aby zobaczyć dokładnie co "na mojej głowie piszczy". Jest to metoda badania włosów na podstawie oceny ich korzeni w mikroskopie świetlnym. Nic w tym przyjemniego, ponieważ badanie polega na wyrwaniu kilku niewielkich kępek (ogółem 50-60 włosów) z okolicy o największym przerzedzeniu, był to proceder dosyć bolesny, ale do wytrzymania. Jak lekarz rwał kępki do badania to miałam wrażenie, że po zakończeniu będę zupełnie łysa! Żałuję bardzo, że wcześniej takiego badania sobie nie zrobiłam i nie zaczęłam działać w sprawie moich włosów, a wiecie dlaczego... bo byłam za bardzo zajęta swoją twarzą.

Wynik mojego trichogramu:
To był dla mnie ogromny szok, rozpoznanie czyli łysienie androgenowe typu żeńskiego...
Łojotok oraz drobnopłatowe złuszczanie nie były dla mnie zaskoczeniem, bo przecież łojotok mam (miałam) na twarzy to siłą rzeczy na skórze głowy też pewnie jest, a łupież.. cóż miałam i walczyłam z nim od zawsze.

Znacie cykl wzrostu włosa?
Włosy rosną w trójfazowym cyklu, w którego skład wchodzą: anagen - faza wzrostu, katagen – faza przejściowa – oraz faza spoczynku nazywana telogenem. Podkreślenia wymaga fakt, iż rosną one w sposób niezsynchronizowany, co pozwala na ich swobodną wymianę.
  • Anagen jest etapem trwającym najdłużej. Może trwać od 2 do 6, niekiedy nawet 7 lat. W tym czasie włos wyrasta z mieszka włosowego i zwiększa swoją długość poprzez podział i różnicowanie komórek u jego podstawy. W trakcie anagenu ukrwienie włosa jest najintensywniejsze i zmienia się w podczas przechodzenia do kolejnych faz.
  • Faza katagenowa trwa bardzo krótko i obejmuje od 1%-3% wszystkich włosów. W tym czasie wzrost włosa ulega zahamowaniu, ukrwienie maleje, opuszka stopniowo zanika, rogowacieje i przesuwa się w stronę naskórka.
  • Końcowy etap cyklu włosa, telogen, trwa od 2 do 4 miesięcy i rozpoczyna się w momencie, gdy zrogowaciały korzeń leży najbliżej powierzchni skóry, tuż przy ujściu gruczołu łojowego. W tym czasie włos może wypaść nawet w wyniku czesania, mycia czy wręcz samoistnie.
Czyli, wracając do mojego trichogramu, wzrost odsetku włosów katagenowych oraz telogenowych oznacza nic innego jak wzrost ilości włosów w końcowych fazach ich ezgystencji czyt. takich które wypadną góra do 2-4miesięcy, włosy te już nie rosną, zatrzymaniu ulega również pigmentacja takich włosów. Aby mieć zdrową i piękną grzywę powinno się posiadać ok 85-95% włosów anagenowych, jak widać ja miałam ich tylko 57% w okolicy czołowo skroniowej, niewiele więcej w potylicznej...

Lekarz podszedł do leczenia jak zwykle kompleksowo, bez obiecywania gruszek na wierzbie, zaznaczył jednak, że w przypadku łysienia u kobiet walczymy do upadłego o każdy włos, ponieważ łysienie dla płci pięknej jest traumą po prostu. O ile codziennie na ulicy spotykamy łysych, łysiejących facetów i jest to dla nas widok normalny, o tyle łysiejąca kobieta (którą widzi się bardzo rzadko) stanowi widok niecodzienny i bardzo smutny.

Więc moje kochane czytelniczki (ale i czytelnicy, bo trichogram jak najbardziej jest też dla panów), jakie niepokojące objawy powinny was zaalarmować:

1. Jeżeli wypada wam 100 lub więcej włosów na dzień przez okres 2 tygdni lub dłużej
2. Jeżeli odczuwacie świąd skóry głowy (ja np często się drapałam)
3. Jeżeli na skórze głowy pojawia sie taka łuska, cienkie płaty skóry, podobne do łupieżu

W kolejnej odsłownie podzielę się z wami moim leczeniem oraz rezultatami coby Was nie zanudzać długim postem. Jeżeli już na tym etapie macie jakieś pytania to proszę zostawcie komentarz poniżej.
I niech nam włos z głowy nie spadnie!!!
Tymczasem odpoczywajcie, miłego weekendu i dużo słoneczka!



BAsia

Friday, 6 June 2014

Trądzikowy rachunek sumienia

Nosiłam się z zamiarem napisania tego postu/a (nigdy nie wiem jaka jest poprawna końcówka, oświećcie mnie proszę!). Układałam w myślach, przypominałam sobie (bo jednak już trochę czasu minęło odkąd miałam naście lat) jakie najróżniejsze rzeczy robiłam z twarzą, aby tylko pozbyć się lub zamaskować trądzik, a wierzcie mi sporo tego było i na pewno więkość już pojawiała się na tym blogu wcześniej, jednak dziś będzie o takich super absurdalnych i hardkorowych :) jestem ciekawa czy odnajdziecie w tym coś, czego sami próbowaliście. Od razu zaznaczam, że to wszystko były akty desperacji (bo przecież tonący brzytwy się chwyta) i z perspektywy czasu mogę śmiało powiedzieć, że w żaden sposób nie wpłynęły długoterminowo na poprawę stanu mojej paskudnej (wtedy) cery.
Przypominam jednak, że miałam cieżką postać trądziku czyli bliznowate, podskórne gule, czerwone, zapalone, głównie na policzkach, brodzie, skroniach. Przypominam dlatego, że jeżeli wyskoczy wam jedna krosta przed @ to dla mnie to nie jest trądzik :) Kto przeszedł lub przechodzi podobną gehennę do mojej, wie o czym mowa.

1. Rzucanie się na wszystkie nowinki anty acne i stosowanie wszystkiego na raz w myśl zasady im więcej preparatów na trądzik tym lepiej... znacie to? A jak kupię nowe to inne idą w odstawkę albo mieszam wszystko wg własnej (oczywiście najlepszej!) wiedzy. Jednego nie skończę, a już szukam czegoś innego, bo przecież już 3 tygodnie stosuję i nie ma poprawy, tak nie może być. Ileż ja czasu spędziłam (o wydanych pieniądzach nie wspomnę) na szukaniu coraz to nowych kosmetyków-cud, nierzadko sprowadzanych z zagranicy bo u nas (wtedy) niedostępnych, albo po prostu zbyt drogich... Benzacne, Acne-derm, Perła Inków, Murad, Clinique, Vichy, Bioderma, LRP, Garnier, Oxy, Nivea, Under20, Neutrogena, Clearasil - wszystkie zestawy dla cery trądzikowej oczywiście i mogłabym dalej wymieniać, ale tutaj chodzi o sam fakt, że moja skóra po tym kosmetycznym rollercoasterze była jedną, wielką wrażliwą (spaloną alkoholem) skorupą. Za dużo tego wszystkiego było. Nie było schematu pielęgnacji, miało działać cuda już, natychmiast (o czym przecież zapewniali gorąco na opakowaniu).
Niezmiernie dobijał mnie też fakt, że wszystkie owe kosmetyki reklamowały osoby, które w życiu pryszcza na twarzy nie miały jak np ściema na zdjęciu poniżej.. takie coś do dziś działa na mnie jak płachta na byka!!!
Źródło: http://she.sulekha.com


2. "Cudowne" algi.
Tak tak dobrze czytacie, hodowałam w domu żywe algi i przemywałam twarz wodą z tych alg i chyba też piłam tą wodę, nie pamiętam już zbyt dokładnie, ale znając moją ówczesną desperację to chyba tak :) Oczywiście trądzik miał się cudownie.
 
 Źródło: archiwumallegro.pl
 
3. Zioła.
Tjaaa tych też było bez liku, Klimuszko, bratek, specjalne mieszkanki na trądzik takie z łapanki czyli ktoś, coś, gdzieś słyszał, komuś bardzo pomogło. To był jak balsam na moje uszy, a moje poświęcenie w zdobyciu nawet najtrudniej dostępnego ziółka było ogromne. Kupowane na kilogramy, sama mieszałam wg receptury zasłyszanej bądź przecztanej. Z ziółkami jest o tyle lepiej, że przynajmniej nie zaszkodziły, ale na pewno nie należałam do tych szczęśliwców, którym ziółka pomogły.
 
4. Drożdże.
Ble nie cierpię smaku drożdży, ale czego się nie robi, aby mieć czystą cerę. Nie wiem kto sprzedał mi cudowny pomysł picia drożdży z mlekiem :) Piłam i co? I nic oczywiście.

5. Opalanie
Chwytałam każdy promyk słońca jaki tylko mogłam, nakładanie kremu z filtrem na buzie??!! No way, przecież te kremy są tłuste i na pewno spowodują u mnie wysyp nowych pryszczy... Opalona skóra wyglądała doraźnie o wiele lepiej, blizny i czerwone ślady nie odznaczały się, świeże paskudztwa się zasuszały. Ale niestety to co działo się z moją skórą jesienią (czyli zdwojony atak łoju oraz przyszczy) w żadnym stopniu nie rekompensował mi tych kilku tygodni "ładnej" skóry twarzy. Kolejnym szalonym pomysłem było solarium, ale tego faktu się tak wstydzę, że szkoda nawet o tym pisać.

6. Ręcznikow-poduszkowa fobia.
Pewnie większość z was się z tym zetknęła: masz trądzik to zmieniaj pościel oraz ręczniki jak najczęściej, najlepiej codzinnie, bo to przecież siedlisko bakteri. Byłam tak wyczulona na owe bakterie, że jak miałam wytrzeć twarz jakimś podejrzanym (czyt. użytym wcześniej) ręcznikiem, to prawie że widziałam te bakterie pełzające po tym nieszczęsnym ręczniku, które tylko czyhają na to, aby dobrać mi się do twarzy :) Wtedy też zaczęłam używać do wycierania buzi papierowych ręczników jednorazowych; fobia ta do dziś jest u mnie silna aczkolwiek, jak powiedziała moja kochana Ziemolinka:"chyba przeceniasz możliwości bakterii ręcznikowych" haha. Na poduszkę również miałam swój patent. Abym nie musiała codziennie zmieniać poszewki (z lenistwa po prostu) to kładłam na poduszkę chusteczkę higieniczną, która to chusteczka miała w cudowny sposób stworzyć barierę pomiędzy brudną i usianą bakteriami pościelą a moja buzia... Dalszy komentarz jest chyba zbędny :)

7. Dieta.
Wszystkie możliwe: bezglutenowa, bezmięsna, bez nabiału, bez słodyczy, bez śmieciowego jedzenia. Przemieliłam je wszystkie bez większego rezultatu. Wiem, że wielu z was uważa, że odpowiednią dietą można wyleczyć tradzik, ja jestem jednak innego zdania.

8. Lustereczko powiedz przecie.
Lustro było moim przyjacielem i wrogiem jednocześnie. W każdej torebce bądź plecaku musiałam mieć lusterko i co chwila zerkać na opłakany stan mojej facjaty, dziś nie mam pojęcia dlaczego tak się umartwiałam. Pamiętam, że wytrzymanie godziny bez zerkania w lusterko było dla mnie niemożliwe. O każdej porze dnia musiałam mieć pod kontrolą makijaż, sprawdzać czy aby gdzieś coś nie spłynęło, dziś wiem że i tak było widać gołym okiem mój tradzik, wtedy się łudziłam (może to i lepiej). Potrafiłam zamknąć się w łazience i godzinami masakrować buzię: przekłuwać pryszcze igłą brrrr, przemywać potem spirytusem salicylowym (cudowna dezynfekcja), po zakończeniu takiej sesji wyglądałam tak tragicznie, że jedynie siąść i płakać, jednak powtarzałam takie "zabiegi" regularnie...

9. Make up.
Nosiłam go cały czas. Jeżeli nocowałam gdzieś u kogoś albo byłam na obozie to nawet spałam z podkładem.. rano wstawałam i szybko gnałam do łazienki aby zmyć stary i nałożyc od razu nowy. Nie ma nic gorszego dla cery, dziś już to wiem, ale wtedy nie wyobrażałam sobie pokazania się światu bez makijażu...


Mogłabym tak jeszcze ciągnąć temat i ciągnąć, ale nie wiem, czy ktoś dotrwał do tego momentu, post zrobił się długi więc mam nadzieję, że są tacy którym udało się przez niego przebrnąć. Zastanawiam się jakie wy macie trądzikowe "grzeszki" na sumieniu. Odnajdujecie w moich swoje? Piszcie w komentarzach.

Na koniec dla wszystkich, bo życie jest krótkie:



 
BAsia

Friday, 16 May 2014

Gdzie byłam jak mnie nie było? :) ups, I did it again!

Wstaję dziś rano, pogoda to jakiś żart, zerkam w tej chwili na termometr a tam 9st za oknem - brrrr. Kiedy zawita do nas słoneczko? Czy to kara, jaką przyszło nam płacić za lekką i "przyjemną" zimę? Być może. Niemniej nie o pogodzie dziś będzie, ale to właśnie ona zainspirowała mnie, aby wrzucić kilka wspomnień ze słonecznej, gorącej, upalnej Tajlandii! Tak, tak, osoby, które czytają mnie regularnie od roku wiedzą, że już raz tam byłam i tak spodobał mi się kraj wiecznego uśmiechu, że postanowiłam wybrać się tam po raz kolejny w tym roku, a dokładniej w marcu.

Ostatnim razem skupiliśmy się na zachodzie kraju, na zachodnich wyspach, w tym roku oczywiście padło na wschód. Po przylocie do Bangkoku mieliśmy jedną noc na regenerację sił w hotelu w pobliżu lotniska, a nazajutrz o 6 rano! czekał nas lot na wyspę Koh Samui. Tam spedziliśmy prawie tydzień, wyspa nie jest ani duża, ani mała. Wypożyczonym motorem można objechać całość wybrzeża w 1 dzień, z tym, że trzeba uzbroić się w stalowe nerwy, ponieważ sposób jazdy, kierowania samochdami, bądź motorami rodzimych mieszkańców jest bardzo hardcorowy, nawet dla Polaków :) Safety to raczej śmieszny slogan kiedy widzisz całą! rodzinę 3 lub 4 osobową na małym skuterku, gdzie w przodzie stoi (tak stoi) 3 latek, albo z tyłu siedzi boczkiem matka z niemowlakiem na rękach i te skutery nadal wyprzedają nasz motor!!! Mimo, iż my nie jeździliśmy jakoś super wolno, to oni wszyscy nas wyprzedzali hehe. Z czasem przyzwyczaiłam się do tego widoku, przywykłam do tego, że tam ludzie kierują po prostu inaczej, a kaski ochronne noszą jedynie przewrażliwieni turyści :)

Standardowo, kiedy wypożyczasz motor, zabierają twoje prawo jazdy jako zastaw :) na pytanie: co się stanie, jeżeli zostaniemy zatrzymani przez policję na drodze i nie będziemy mieli prawa jazdy? Odpowiedź: turystów policja nie zatrzymuje. Krótko i na temat prawda. Czasami zamiast prawa jazdy w zastaw brali paszport, nie muszę chyba pisać, że od samego początku miałam najgorsze scenariusze w głowie, które chyba nie są rzeczą nienormalną, jeżeli decydujesz sie oddać paszport komuś, kto ma "biuro" w garażu, szałasie itd. Niemniej zawsze wszystko do nas wracało, nigdy nie mieliśmy żadych problemów, policja nas nie zatrzymała mimo, iż ciągle łamaliśmy "przepisy" ruchu drogowego (jak wszyscy uczestnicy tej komedii zresztą), dodatkowo jazda po lewej stronie nie ułatwiała nam zadania.

Wyspa żyje z turystyów więc wszystko kręci się wokół nich, mnóstwo krzykliwych sklepów, barów, gdzie wszystkie drinki kosztują 2Euro, restauracje oferujące najbardziej wykwitne owoce morze i ryby, które złowiono o poranku, studio masażu tajskiego na każdym rogu. My raczej uciekaliśmy z tych najbardziej turystycznych rejonów i gdzieś in the middle of nowhere odkrywaliśmy malutkie restauracje na plaży, gdzie w zasadzie byliśmy jedynymi gośćmi. Słuchając szumu morza, siedząc na plaży smakowaliśmy tajskiego jedzenia, piliśmy zimne mleczko kokosowe prosto ze świeżo otwartego kokosa.

Po niecałym tygodniu opuściliśmy Koh Samui i udaliśmy się statkiem na kolejną wyspę - Koh Tao, zwaną też rajem dla wielbicieli nurkowania. Wyspa o wiele, wiele mniejsza, na motorze całość można objechać w niecałą godzinę :) Znajdowało się tam wiele szkół oferujacych naukę nurkowania, można było również odbyć kurs na instryktora nurkowania tzw. PADI course (ponoć jeden z najtańszych na świecie). Ja nie skorzystałam, ponieważ boję się nurkowania, wystarczyły mi tylko okularki, płetwy, rurka do oddychania i unoszenie się na poziomie morza, nawet z tej perspektywy podwodny świat rzucił mnie na kolana, niegdy nie widziałam tylu barwnych ryb, raf koralowych. Polecam każdemu!
2 tygodnie mineły jak z bicza trzasnał i trzeba było wracać, najpierw Bangkok, gdzie spędziliśmy jeszcze 2 dni a następnie kierunek Europa.

Ciekawa jestem jakie wy miejsca polecacie? W przyszłym roku szykuję się na Vietnam, ale kto wie, być może moja miłość do Tajlandi znowu nie pozwoli mi pojechać w inne miejsce :-) Jeżeli macie pytania dot. wyprawy do Tajlandi to chętnie odpowiem w komentarzach.

Pozdrawiam Was cieplutko w ten zimny i pochmurny dzień, i przesyłam troszeczkę tropilaknego słońca.

BAsia
 

 


 

 

 
 

Friday, 18 April 2014

Laserowe szpachlowanko, czyli moje pierwsze tango z Fraxelem

Moi drodzy, obiecałam post o mojej przygodzie z laserem i voilà. Na zabieg zdecydowałam się jakiś miesiąc temu, głównie po to, aby zmniejszyć widoczność starych blizn potrądzikowych, wyrównać koloryt skóry itd. Opisze całość z pozycji tzw usera, a nie eksperta, którym nie jestem.
Dobra, zacznę od tego, że na laser po leczeniu izo trzeba troche poczekać, ponieważ skóra musi dojść do siebie po lekach, musi się zregenerować. W moim wypadku zabieg był zrobiony 7 marca tego roku, a kuracje izo zakończyłam jak wiecie (albo i nie, jeżeli nie to siup siup do archiwalnych wpisów na blogu) w czerwcu roku poprzedniego; czyli jak łatwo policzyć minęło jakieś 9 miesięcy.
Zabieg przeprowadził, a jakże, ten sam dermatolog który prowadził moją drugą kurację izo. Nie przygotowywałam skóry jakoś wcześniej do zabiegu, stosowałam taką pielęgnację jak w ostatnim wpisie. Nie mówię, że nie miałam cykora, bałam się, bo naczytałam się głupot o popalonych twarzach i trwałych bliznach po laserze itd. Nic takiego nie miało miejsca, ale o tym za chwilę.
Jedną z zalet lasera typu Fraxel jest to, że jego światło pobudza również głębsze warstwy skóry do produkcji nowego kolagenu. Może ten fakt nie zainteresuje młodych czytelniczek, ale dla wszystkich 30+ to na pewno porządana zaleta. Dlatego też optymalny efekt osiąga się dopiero po ok 3 miesiącach. Oprócz tego uważa się ten laser za bardzo bezpieczny, nie odnotowano po nim przypadków infekcji czy też zbliznowacienia, a sam zabieg nie powoduje widocznych ran... Tyle teorii.
Uzbrojona w taką wiedzę pojawiłam sie u mojego dermatologa w dzień zabiegu.

Zabieg:
Na poczatku lekarz oszyścił mi cerę jakimś tonikiem czy mleczkiem, szczerze to już nie pamiętam. Nie dostałam żadnego kremu znieczulającego (ponoć niektórzy lekarze dają, mój uznał, że jestem twardy kmin i wszystko zniosę hihi). Nie dostałam też żadnych okularów, takich wiecie, czarne muchy, które miałyby ochronić oczy przed światłem lasera, nic z tych rzeczy. Dostałam tylko nakaz trzymania zamkniętych oczu :)
Lekarz stalował laser i w tym czasie poziom mojej adrenaliny podniósł się znacząco, zmalał przy pierwszym "strzale". Najgorzej jak nie wiecie co was czeka, potem to już leci, ale po kolei. Zabieg miałam tylko i wyłącznie na policzkach, trochę na skroniach, czoło nieruszone, poniważ tam nigdy trądziku nie miałam więc i blizn nie ma.
Pierwszy strzał poszedł... nie będę wam słodzić, bolało.
Chcę wam przybliżyć sam zabieg jak najrealniej, więc posłużę się paroma fotkami z netu.

Głowicę lasera można ustawić na różne wiązki światła co ilustruje obrazek obok. Wszystko zależy jaką powierzchnię ciała chcemy naświetlić (laser ten można stosować na cała ciało). W moim przypadku lekarz wybrał kształt kwadratu (środkowy kształt na górze). Dlaczego o tym piszę, ano dlatego, że taki kształt będzie potem odbity przez pare dni na waszej twarzy (dosłownie).


http://www.ipllaser-machines.com/
Każdy strzał miał powierzchnię takiego właśnie kwadratu, i za każdym razem miałam wrażenie, że laser "haftuje, wyszywa" na mojej twarzy taki ścieg za pomocą igieł, dokładnie jak na gifie obok...
Po każdym strzale na buzi zostawało takie małe poletko poorane jak szachownica. Najgorsze momenty były w okolicy oczu (miałam tam pare prosaków więc aby sie ich pozbyć trzeba było przejechać laserem naprawde blisko oka) oraz okolice ust oraz nosa. Musiałam prosić lekarza o pauzę, ponieważ ból był rzeczywiście dokuczliwy. Ciężko też było, kiedy tą samą powierzchnię (ten sam kwadracik) lekarz robił 2x (bo blizna w tym miejscu była głębsza, przebarwienie większe itd).


To chyba tyle, mam nadzieję, że potraficie sobie już teraz mniej więcej wyobrazić jak wygląda sam zabieg. Całość trwała ok 15-20 min, nie wiem dokładnie, bo w pewnym momencie miałam już dosyć i modliłam się o koniec. (mam w sumie chyba niski próg bólu hihi). Po zakończeniu zabiegu macie wrażenie, że waszą skórę polano jakimś kwasem, przyłożono do niej gorące żelazko, cała płonie. Lekarz nałożył od razu jakiś krem łagodzący, troche pomogło, ale uczucie palenia miało się ciągnąć przez kolejne dni...

Zabieg celowo robiłam w piątek, aby w weekend móc podleczyć skórę i nie pokazywać sie ludziom. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że 2 dni to jednak trochę za mało na regenerację i że w poniedziałek na pewno jeszcze nie będę się w stanie pokazać ludziom., ani we wtorek...Dostałam od dermatologa krem na poparzenia (nazwy nie pamiętam, ale jeżeli kogoś z was to będzie interesowało to poszukam), którym smarowałam się kilka razy w ciągu dnia, aby ulżyć sobie w bólu i pomoć skórze się regenerować. W dzień zabiegu wygląda się w miarę normalnie, skóra jest tylko zaczerwieniona, koszmarek zaczyna sie od 2 dnia po zabiegu.

Następnego dnia wstałam i raz, że nie byłam w stanie poruszać mięśniami na twarzy (o uśmiechu nie było mowy, każdy ruch skóry na buzi bolał), to jak się zobaczyłam w lustrze to myślałam, że dostane zawału. Skóra bardzo, bardzo czerwona i opuchnięta (wyglądałam dosłownie jakby mi ktoś przywalił z piąchy), pokryta siatką otworków (jak na pierwszym obrazku), z niektórych sączył się płyn. Obrzydliwie to wyglądało. Nie zrobiłam sobie żadnego zdjecia z tego okresu, amatorów silnych wrażeń, którzy chcą zobaczyć jak taka skóra wygląda zapraszam do przeszukania internetu. Dla reszty wyobrażenie sobie skóry polanej kwasem, spalonej powinno wystarczyć.
Przez kolejne 3 lub 4 dni skóra piekła niemiłosiernie, pękała, tworzyły sie bolesne strupy i była mega czerwona i podrażniona. Mycie twarzy było bolesnym zabiegiem, ogólnie czułam się jak potwór i nie wyobrażam sobie wyjścia w takim stanie między ludzi.

W związku z tym, nie poszłam do pracy ani w poniedziałek, ani we wtorek. Nie dało się na skórę niczego nałożyć, o makijażu możecie zapomnieć, nie jest w stanie przykryć mega odstających skórek, strupów, rumienia itd. Dopiero w czwartek mogłam jako tako zacząć funkcjonować między ludźmi, skóra poschodziła płatami, zostały tylko niewielkie obszary z jeszcze starą, niezłuszczoną skórą. Jakiś tydzień, półtora po zabiegu buzia wyglądała już bardzo dobrze, pokazała sie nowa skóra, delikatnie zaróżowiona, no miodzio. Myślę sobie wow, super efekt. Nie trwało to jednak długo, efet ten zniknął do 2 tyg po zabiegu.

Przemyślenia końcowe:
Mam bardzo mieszane uczucia w stosunku do tego zabiegu, w skrócie można to opisać: liczyłam na o wiele więcej... Koszt 500zl, ,miałam nadzieję, że przynajmniej przebarwienia znikną lub będą zniacznie zredukowane, na blizny za bardzo nie liczyłam bo wiem, że ubytku skóry (czyli potrądzikowych dziur) ciężko się pozbyć i trzeba raczej zadziałać wypełniaczem. Blizny jak były tak są, może ociupinkę płytsze, ale to chyba bardziej autosugestia, przebarwienia nadal są, nie wydaje mi się, aby były bledsze. Ostatnia rzecz w jaką mogę wierzyć to odmłodzenie mojej skóry poprzez nowy kolagen, ale i tego na razie nie widzę. Reasumując, nie wiem, czy zdecyduję sie na kolejne zabiegi fraxelem. Może moja skóra jest jakoś wybitnie oporna, nie wiem, może już po prostu mam dosyć zawracania sobie gitary moją skórą, widzę już na niej pierwsze oznaki starzenia (utrata jędrności, grubości) więc mam ochotę się skupić na walce ze zmarszczkami, a nie z cholernym trądzikiem, czy raczej z tym co pozostawił na mojej twarzy.
Twarz mam lekko przypruszoną pudrem oraz bronzerem na obu zdjęciach, ale ewidentnie widać przebarwienia oraz blizny (dziury)


Prawy policzek, czyli ten "gorszy" jak pamiętacie, tutaj mam wrażenie, że troszkę blizny sie spłyciły ale nie ukrywam, że oczekiwałam lepszego efektu.


To chyba tyle, wyszedł z tego bardzo długi post, mam nadzieję, że dotrwaliście do końca i choć trochę Wam przybliżyłam na czym polega zabieg fraxelem.

Chciałam również skorzystać w okazji i życzyć wszystkim 

Zdrowych i Spokojnych ŚWIĄT WIELKANOCNYCH!!!

Buziaki,
BAsia


Tuesday, 15 April 2014

Zakończyłam kurację retinoidami i co dalej??! Czyli jak pielęgnować skórę po zakończeniu leczenia cz. II

Jak to zwykle ze mną bywa znowu upłyneło baaardzo dużo, dużo za dużo czasu od mojego ostatniego posta. Chroniczny brak czasu i wrodzone lenistwo daje się we znaki, więc dziś postanowiłam z nimi zawalczyć :-) Dziękuję wszystkim, którzy we mnie nie zwątpili i nie "odsubskrybowali" się z mojej stronki, mam nadzieję, że pewnego dnia uda mi się być regularną we wpisach. Póki co szybciutko i w skrócie opowiem wam, jak wyglada moja pielęgnacja po kuracji i jaki obecnie jest stan mojej buzi.
Czas leci jak szalony i milowymi krokami zbliża się rocznica zakończenia mojej kuracji (konkretnie czerwiec), jak zobaczycie ponizej, nadal ciesze sie ładną cerą, nie wyskakują mi żadne pryszcze, bolące, podskórne świństwa, nic z tych rzeczy. Cieszę się zdrową i w miarę regularną cerą (piszę specjalnie "w miarę", ponieważ mimo, iż mam za sobą zabieg laserem, to oczywiście moja skóry nigdy nie będzie wyglądać super idealnie, blizenki zawsze zostaną, ale nie szkodzi). O zabiegu laserem napisze Wam w kolejnym poście, wiem, że na taki opis czekacie.
Jak juz pisałam wcześniej i będę pisać do znudzenia, po zakończeniu kuracji retinoidami BARDZO WAŻNA jest pielęgnacja cery i odpowiedni dobór kosmetyków. Człowiek, zwierzę z natury leniwe, lubi odpuścić sobie pielęgnację cery, która leczona retinoidami już nie sprawia takich problemów jak kiedyś, a do tego dermatolog prowadzący leczenie zaleca skórę "tylko nawilżać", nie mówiąc już o tym, że kończąc kurację większość z Was nie dostaje żadnych wskazówek na temat jak dalej postepować, jakich kosmetyków używać itd.

Wiele dowiecie się z mojego porzedniego postu, który był I częścią. Celowo rozbiłam temat pielęgnacyjny na dwie części, ponieważ mniej więcej po 7 miesiącach od zakończenia kuracji mój schemat pielęgnacyjny uległ małej modyfikacji (oczywiście na zalecenie mojego dermatologa; jestem już na tyle duża, że nie eksperymentuję sama z cerą, ten okres już dawno przerobiłam z opłakanymi skutkami).

Zatem jedziemy z tym koksem :-)
 
Cudowny, wspaniały, delikatny, nie wysusza! Jestem zachwycona żelem do mycia cery trądzikowej Aknicare firmy Synchroline! Szczerze polecam dla cery tradzikowej (skład żelu na zdjęciu poniżej).



Codziennie po południu, po przyjściu z pracy myję buzię żelem Aknicare (jak wyżej), zmywam wodą. Nastepnie na wilgotną buzine nakładam peeling Biodermy i pozostawiam na skórze 15 min. Następnie zmywam, osuszam buzię i tyle. Już nie nakładam dodatkowo NIC, żadnego toniku, kremu itd. Na poczatku myślałam, że nie dam rady i twarz będzie mnie bardzo ściagać, ale nic takiego się nie miało miejsca.

No i niezmiennie ulubieńcy, którzy nadal goszczą w mojej pielęgnacji, rano z filtrem a wieczorem bez. Uwielbiam i polecam!

Trochę prywaty na koniec. W lutym miałam ogromną przyjemność gościć u siebie Ziemolinkę (http://kosmostolog.blogspot.cz/). Fot. & make up by Ziemolina. Było magicznie, dziękuję :)

A jak tam Wasze buźki? Piszcie!
Pozdrawiam,
BAsia