Wednesday, 12 September 2012

11.09. i zdeptana samoocena nastolatki...



Dziś będzie refleksyjnie, ostrzegam!
Wczoraj jadąc do pracy usłyszałam o rocznicy 11 września (ostatnio jestem tak zalatana, że nie mam pojęcia o aktualnej dacie więc poranna audycja radiowa mi bardzo pomaga), usłyszałam, że to już 11 rocznica 11 września... 11 lat... Usłyszalam i się zawiesiłam powiem Wam...
11 lat temu byłam na etapie szkoły średniej, pomyślałby kto - najlepsze lata. Cóż, niestety ja tego tak nie wspominam, moja młodość minęła pod znakiem silnego trądziku i baaaardzo niskiej samooceny.
Właśnie wtedy zamiast cieszyć się życiem i swobodą, wyłam do lustra i rozpaczliwie poszukiwałam czegokolwiek, co by mi pomoglo.
Najlepsze w tym wszystkim było to, że na 4 klasy w moim roczniku, tylko ja jedna jedyna miałam trądzik. Nie, nie mogę tego nazwać trądzikiem, to były ropne wrzody, podskórne, bolące, fioletowe gule. Czułam się jak gówno (przepraszam za wyrażenie); trędowata, naznaczona, brakowało tylko szkarłatnej litery na mojej bluzie. A "koledzy" i "koleżanki" (zwłaszcza "koleżanki) w szkole średniej byli bezwzględni, oj wiedzieli dobrze gdzie uderzyć aby zabolało. Widziałam ich spojrzenia, szepty i komentarze...
Starałam się zrobić wszystko, aby jak najlepiej zamaskować te zmiany, szukałam silnie kryjącego podkładu co 11 lat temu graniczyło z cudem. Nie było Sephory czy Rossmanna jak dzisiaj, internet w powijakach więc nie było doświadczonych i pomocnych blogerek, forum, niczego. Pamiętam, że po podklad L'Oreala w takiej szklanej buteleczce jeździłam specjalnie do Katowic. Ciężkie mazidło, coś jak Revlon. Przypominam sobie że, musiałam nakładać sporą ilość co oczywiście wiązało się z efektem maski, ale wolałam już to, niż straszyć ludzi realnym wyglądem mojej twarzy.
Chciałam się dosłownie zapaść pod ziemię, miałam ataki płaczu i wręcz błagałam mamę, abym nie musiała iść do szkoły. Jak wiecie wiele przeszłam w tym czasie jeżeli chodzi o leczenie, ale nie o tym jest ten post. Ten post to moja zniszczona młodość, moja zazdrość dla wszystich dokoła mnie, którzy nie musieli zaznać tego syfu.
W czasie kiedy człowiek najbardziej szuka akceptacji wśród otoczenia, kiedy ciężko przeżywa wszelkie niepowodzenia, kiedy chce się podobać płci przeciwnej... I chociaż wszyscy dokoła mówią, że to przecież nic takiego, że nie ma co robić tragedii (ależ mnie irytowały takie komentarze, z reguły od ludzi, którzy w życiu pryszcza na swojej twarzy nie wiedzieli), dla mnie to był koniec świata. Do szału doprowadzały mnie te wspołczujące spojrzenia kiedy akurat chodziłam bez podkładu (rzadko się to zdarzało, dosłownie nikomu nie pokazywałam się bez tapety chyba, że byłam w czasie jakiegoś leczenia, które uniemożliwiało mi noszenie makijażu - istna trauma).
Teraz patrzę na to z perspektywy czasu, na mojej buzi non stop pokazują się niespodzianki, ale nasilenie jest inne, moje nastawienie jest inne, kosmetyki do walki z trądzikiem coraz lepsze, moja wiedza i doświadczenie większe, informacji w internecie mnóstwo (aczkolwiek tutaj należy uważać, bo dużo bajek na temat trądziku pojawia się w sieci).
I nikt mi nigdy nie wmówi, że trądzik to nic takiego...bo trądzik nie pozostawił blizn tylko na twojej twarzy, ale także w moim sercu. I tak jak wiekszość ludzi chciałaby wrócić się w czasie do szkolnych lat, to ja za żadne skarby nie chciałabym tego piekła przechodzić jeszcze raz.
Ktoś, kto nie doświadczył tego na sobie, nigdy nie będzie w stanie tego zrozumieć...
Tą refleksją chciałam utożsamić się z Wami wszystkimi, którzy walczycie z tym paskudztwem - z całego serca Wam życzę walki zakończonej sukcesem!!!
Trzymam za Was kciuki!!! 

BAsia

P.S. Kochani, dziękuję za wszystkie miłe komentarze, które od Was dostaję i przepraszam, że ostatnio była znowu pauza na blogu, ale mam masakrę w pracy. W związku z tym będzie post o trądziku i stresie, bo ostatnio jestem królikiem doświadczalnym w tej kwestii :)